Dokładnie dwa lata temu napisałem tekst pod tym samym tytułem, w którym odniosłem się do publikacji  Marka Migalskiego, pt. „PIS tylko z Kaczyńskim”, w którym po raz pierwszy zaatakował on w bardzo ostrej formie tego czołowego polityka. Byłem wówczas zaskoczony tą publikacją, gdyż wcześniej w swoich wystąpieniach telewizyjnych autor wydawał się sprzyjać PIS-owi i jego przywódcy. Działalność Migalskiego na ekranie była wówczas bardzo cenna dla PIS, ponieważ będąc jednym z najzdolniejszych komentatorów i publicystów jakich wpuszczono do telewizji, występując często, przyczyniał się wydatnie do wzrostu poparcia dla tej partii i jej lidera. Publikacja Migalskiego, o której mowa, wydała mi się wówczas jakimś niezrozumiałym, a przede wszystkim szkodliwym zwrotem w poglądach jej autora, zwłaszcza, że ukazała się w nośnej „Rzeczpospolitej”, tuż przed ważnym dla PIS-u Kongresem w Krakowie, w trakcie którego partia Jarosława Kaczyńskiego miała uchwalić strategię polityczną. Ku memu zaskoczeniu, Migalski miast spotkać się z proporcjonalnym odporem ze strony kierownictwa PIS za niesłuszną w moim przekonaniu krytykę, został w atmosferze entuzjazmu przyjęty (choć nieformalnie) w szeregi partii, by później zostać jej frontmenem i posłem. Co ciekawe, zaraz po Kongresie w Krakowie mogliśmy również zauważyć dziwną i nienaturalnie wyglądającą zmianę wizerunku Jarosława Kaczyńskiego i całej partii. Zmiana ta przebiegając wyraźnie według wskazówek Migalskiego, zmierzała w stronę przypodobania się masowej publiczności, przynosząc w dłuższym rozrachunku szkody wizerunkowi i programowi PIS. W swoich zaskakujących enuncjacjach prezes Kaczyński odszedł wtedy całkowicie od dotychczasowej wyrazistej i zdecydowanej retoryki, od twardej i nieugiętej postawy wobec patologii w strukturach państwa i jej sprawców (konsekwentnie zmierzającej do lustracji i dekomunizacji, bez których nie da się realnie zmienić kraju i warunków życia obywateli) w stronę retoryki i postawy dziwnie łagodnej, pełnej wyrazów przeprosin, gestów pojednania, aktów przyznania się do rzekomych win za porażkę wyborczą, w stronę samokrytyki i niemalże gotowości do poddania się karze. Wszystko to wyglądało prawie jak ogłoszenie „grubej kreski”. Ekspiacja ta – co zrozumiałe – wywołała w oczach własnego elektoratu konsternację, a w mediach szybko została określona jako zakwestionowanie własnej polityki i tym samym przyznanie słuszności przeciwnikom, co oczywiście dostarczyło paliwa na długi czas obrońcom III RP. Była to według mnie pierwsza poważna porażka pijarowska po przegranych wyborach. Teraz wydaje mi się – i chyba się nie mylę – że do tej szkodliwej zmiany mógł się wydatnie przyczynić Migalski, wzmacniając swoim ukształtowanym przez media, znacznym autorytetem znane już lobby w PIS, które obecnie – nie wiem czy aby na pewno w całości – znajduje się w formacji pod nazwą PJN, w której odgrywa on jedną z wiodących ról. Grupa ta, właśnie w tamtym okresie zaczynała zdobywać wpływy w partii. Dziś już wiemy, że lobby Migalskiego było później animatorem podobnej w charakterze kampanii PIS, całkowicie nieadekwatnej do nastrojów i atmosfery panującej w społeczeństwie po Katastrofie Smoleńskiej – kampanii ze wszech miar szkodliwej, która po przegranych wyborach tylko dostarczyła ciężkiej pałki propagandowej wrogom głównej partii opozycyjnej. Obserwując działalność tego lobby, odnosiłem wrażenie, że zmierzało ono konsekwentnie do zdobycia nad partią i jej liderem trwałej kontroli w celu ich wewnętrznego przeprogramowania, a w obliczu niepowodzenia i niemożności zrealizowania tych planów – do rozbicia całej formacji, co też nastąpiło. Wypada mieć tylko nadzieję, że domniemana rola jaką odgrywał pan Migalski w tych działaniach była odbiciem jego autentycznych, szczerych i w dobrej wierze realizowanych poglądów, a nie wynikiem jakiejś misji przez kogoś mu wyznaczonej. Chciałoby się również mieć nadzieję, że mające miejsce swego czasu prześladowania ze strony bezpieki jakie spotykały go na uczelniach, wywołujące wobec niego współczucie i przydające mu wiarygodności, nie miały charakteru jakiejś celowo wykreowanej legendy zasłużonego weterana opozycji. Gdyby tak było, miałby miejsce bardzo przykry zawód, z uwagi na sympatyczną osobowość i talenty jakie niewątpliwie przejawia pan Migalski. 

Skonsternowany nieoczekiwanym zwrotem akcji w kwestii Migalskiego po Kongresie PIS w Krakowie, zrezygnowałem z opublikowania mojego tekstu, czego dziś bardzo żałuję, gdyż okazał się on bardzo trafny i przewidujący. Być może gdyby wówczas dotarł do przywódców PIS, w jakimś stopniu przyczyniłby się do zapobieżenia błędom wizerunkowym popełnionym przez kierownictwo partii. Błędy te niestety mają miejsce do chwili obecnej (ostatnie niezrozumiałe umizgi prezesa do PO?!) i jak przypuszczam, mają swoją przyczynę w ciągłej krytyce Jarosława Kaczyńskiego – zarówno w ramach partii jak i w mediach. Pomimo, że posiada on mocną osobowość, ciągłe bombardowanie największą i najdłużej trwającą na tle innych uczestników sceny politycznej krytyką, może skutkować u niego rozchwianiem i niepewnością siebie. Może powodować utratę wiary w słuszność metod działania. Może skutkować niekonsekwencją postępowania i zagubieniem. Jeśli rzeczywiście prezes PIS popełnił poważny błąd, to według mnie jest nim właśnie rezygnacja z wcześniej obranej drogi – drogi wyrazistej, zdecydowanej, upartej. Drogi konsekwentnej walki z patologią III RP – o uczciwą demokrację. Wymaga onawielkiejwytrwałości i  samodyscypliny. Gdy dojrzeje do tego sytuacja polityczna i społeczna w Polsce, walka ta odniesie wielki sukces. Dlatego właśnie takiej postawy Kaczyńskiego najbardziej boi się sitwa rządząca. Stąd jej determinacja w dążeniu by ją za wszelką cenę zdezawuować. 

Niniejszym postanowiłem, że w tym miejscu upublicznię mój tekst sprzed dwóch lat, z nadzieją, że spełni on jeszcze jakąś rolę w uporządkowaniu i ustabilizowaniu wizerunku PIS i jej lidera – że przyczyni się do zapobieżenia manipulacjom ich programem i wizerunkiem ze strony "sił nieczystych".

Oto ten tekst:

 

                                            Migalski się myli !

Przyznam, że rzadko siadam do pisania, a jeśli już to robię, to najczęściej pod wpływem irytacji. Właśnie w ostatnich dniach otrzymałem odpowiedni impuls w postaci prowokującego artykułu Marka Migalskiego, p.t. „PIS tylko z Kaczyńskim” („Rzeczpospolita” 23.01.09r.), w którym autor w agresywny sposób dołączył do nagonki na prezesa tej partii. Telewizyjny komentator chcąc zapewne wnieść walny wkład do kongresu PIS (mam nadzieję, że w czystych intencjach), zajął się z troską wizerunkiem jej przywódcy, upatrując w nim jedną z głównych przyczyn porażki partii w ostatnich wyborach i jej aktualnie niższych notowań. Migalski zwraca uwagę, że obecnie mamy do czynienia ze zjawiskiem personalizacji polityki, czyli wysuwaniem się na pierwszy plan rywalizacji liderów partii w miejsce konkurencji programów. Uważa, że w związku z tym wzrasta rola wizerunku prezesa PIS, a z tym nie jest najlepiej. Jako przykład zależności pomiędzy wizerunkiem prezesa a wynikiem wyborczym partii, przywołuje debatę pomiędzy Kaczyńskim a Tuskiem w ostatnich wyborach, w której prezes PIS miał ponieść klęskę, co z kolei zadecydowało o przegranej całej partii. Autor twierdzi, że o ile do wysokich notowań PO przyczynia się jej lider, o tyle „niskie notowania PIS należy tłumaczyć osobą Kaczyńskiego”. Twierdzi, że „jest on największym kapitałem tej partii, ale i jej największym obciążeniem”. Jednocześnie stwierdza, że PIS jest mocno zrośnięte ze swoim liderem i trudno sobie wyobrazić tę partię bez niego, więc nie może być mowy o pozbyciu się Kaczyńskiego. Powinien jednak zmienić swój wizerunek, choć zmiana radykalna nie jest możliwa. – „Z Kaczyńskiego na pewno nie można próbować zrobić drugiego Tuska – nauczyć ciągłego uśmiechu, jazdy na nartach czy zachęcać do ożenku. Nie powinien on starać się być sympatyczniejszy niż Tusk (chyba się nie uda, a już na pewno nie uda się to Kaczyńskiemu). Nie powinien nawet próbować być cieplejszym i fajniejszym, bo taki po prostu nie jest.” W dalszym ciągu stwierdza, że „błędy w kształtowaniu wizerunku Kaczyńskiego są tak drastyczne, że wymagają natychmiastowej poprawy, jeśli za trzy lata ma on wygrać z Tuskiem.”. Do tych drastycznych błędów zalicza Migalski np. język agresji, w posługiwaniu się którym Kaczyński jest w PIS najbrutalniejszy, podczas gdy według niego „Tusk uchodzi za uosobienie miłości, łagodności i humoru”, to „Stanięcie w pierwszym szeregu walki na obelgi i pomówienia przez Kaczyńskiego jest jednym z wielu błędów. Nawet jeśli nie najważniejszym, to symptomatycznym – jeśli prezes nie jest w stanie zapanować nad językiem lub w jego otoczeniu nie ma nikogo, kto uświadomiłby mu, jak obciążą to jego wizerunek, to jest to bardzo zły prognostyk.”. Dalej stwierdza jednak, że „Być może za dwa – trzy lata znowu przyjdzie czas dla poważnych polityków, a nie polityków sympatycznych.”. Mówiąc o poważnych politykach, aż dziw, że w swej łaskawości ma jeszcze na myśli Kaczyńskiego?!

Dawno nie doświadczyłem podobnego rozczarowania, jak za sprawą autora, którego oceniałem wysoko jako jednego z niewielu wśród pojawiających się regularnie w telewizji publicznej komentatorów, ponieważ sprawiał wrażenie inteligentnego i wyważonego znawcy sceny politycznej, a także zwolennika lustracji i pisowskiego programu naprawy państwa.

 Powodem mojego zawodu jest poważny błąd publicysty w ocenie sytuacji, który sprawia że artykuł jest całkowicie nietrafiony i szkodliwy. Błąd polega na tym, że autor nie raczył uwzględnić (podejrzewam, że świadomie, nie chcąc narazić na szwank swej kariery w mediach), niezwykle ważnej rzeczy, iż wizerunek polityków i partii w III RP nie zależy wyłącznie od nich, że nie jest tylko efektem ich predyspozycji, chęci, czy umiejętności autoprezentacji, ale jest na wielką skalę wynikiem kreacji i manipulacji ze strony masmediów – zwłaszcza telewizji. Nie zauważył, że w szczególności dotyczy to wizerunku PIS-u i jego przywódcy. Nie dostrzegł też oczywiście, że zjawisko niekontrolowanej omnipotencji mediów, które zdominowały całkowicie pośrednictwo między polityką a społeczeństwem i są wyposażone w niezwykle skuteczne narzędzia sterowania świadomością społeczną, przybrało rozmiary jednej z najgroźniejszych patologii życia publicznego i politycznego w III RP, będącej wielkim zagrożeniem dla demokracji i suwerenności Polski. Z sytuacji tej autor powinien zdawać sobie sprawę, gdyż sam stwierdza, że „formacja, która wypowiada wojnę mediom skazuje się na klęskę”, czym wskazuje na coś bardzo niepokojącego i głęboko patologicznego, a mianowicie, że media w Polsce występują w roli najwyższej instancji, której przychylność lub wrogość może decydować o życiu lub śmierci formacji politycznych. Szkodliwość tekstu Migalskiego polega na tym, że nie uwzględniwszy nieczystej i destrukcyjnej roli mediów (wysokiego współczynnika medialnego), a tym samym obarczając Kaczyńskiego (przy użyciu dosadnych słów) winą za porażki PIS, może podkopać jego wiarę w siebie, podważyć jego autorytet w partii, a nawet skonfliktować ich ze sobą. Ponieważ inspirator ma już „nazwisko” i prawdopodobnie autorytet wśród członków i elektoratu partii, może również spowodować, że prezes PIS da mu wiarę i zechce rzeczywiście zmienić dotychczasowy garnitur na elegancki smoking, co może okazać się posunięciem niepotrzebnym i nietrafnym z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że i tak nie zadowoli to jego krytyków, gdyż ci uważają, że ładnie byłoby mu tylko w kaftanie bezpieczeństwa, a kierowane przez nich media szybko dostosują swoją nagonkę tak, by z wyładniałej przy okazji tej zmiany twarzy Kaczyńskiego znów zrobić „gębę”, tyle, że w miejsce dotychczasowej – groźnej, na przykład głupią lub śmieszną. Po drugie dlatego, że nowy wizerunek podsuwany mu przez życzliwych doradców może okazać się dysonansem – dobraniem złej miny do właściwej gry. Uważam, bowiem, że postawa kurtuazyjna i salonowa nie będzie spójna z dotychczasowym charakterem programu i celów jakie obrał sobie Kaczyński. Może być sztuczna i nie odpowiadać polityce walki, która jest z tymi celami immanentnie związana. Trudno sobie wyobrazić, by politykę tę można realizować bez odrobiny agresji, zdecydowania, marsowej miny, będąc łagodnym jak Gandhi. Jemu udało się zwyciężyć łagodnością, gdyż miał za przeciwników dżentelmenów.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   Migalski Migalski nie precyzuje wzorca, do którego Kaczyński miałby się upodobnić, lecz pośrednio powstaje podejrzenie, że tak naprawdę nie chodzi mu o kwestie czysto wizerunkowe, ale o to, co bardzo ucieszyłoby największych animatorów III RP – o czym na pewno marzą oni po nocach, a więc przede wszystkim, by przywódca PIS zrezygnował z tego co właśnie sprawiło, że mimo piekielnych przeciwności w mediach, odniósł praktycznie największy sukces wśród polityków prawicy. Chodzi o to by zrezygnował z tego co stanowi o jego charakterze, wyrazistości i charyzmie – mianowicie z ofensywnej postawy, nieugiętości i twardości wobec sprawców patologii III RP, pod pretekstem, że te cechy nie podobają się masowej publiczności. Trudno sobie wyobrazić, by można realizować główne cele PIS-u, będąc łagodnym jak baranek, bez odrobiny szorstkości, zdecydowania itp. Na miejsce tych cech autor zapewne widziałby postawę bardziej konformistyczną, salonową – postawę koncyliacyjną, nastawioną na tak zwane „cele konstruktywne skierowane w przyszłość”. Trzeba postawić pytanie, czy wizerunek podpowiadany Kaczyńskiemu przez jego krytyków jest w ogóle do pogodzenia z rodzajem celów jakie sobie postawił, trudno bowiem wyobrazić sobie politykę walki, która jest immanentnie związana z programem PIS-u z postawą pełną kurtuazji, sympatyczną, a nie marsową. Taka postawa oznaczałaby całkowity dysonans. Czy nie skończy się to dobraniem złej miny do właściwej gry?! W końcu należy także postawić pytanie zasadnicze, czy programem PIS-u ma rządzić jej wizerunek, czy wizerunek powinien być raczej pochodną programu? Jak również, czy zatroskanie o PR Kaczyńskiego, nie ma zwyczajnie na celu rozbrojenie go i przeprogramowanie, bowiem psychologia dobrze zna przypadki, kiedy identyfikacja z nową rolą, konsekwentne wytrenowanie nowej pozy, może spowodować autentyczną zmianę całej struktury osobowości jednostki, wraz z jej światopoglądem, systemem wartości i celów. Osobiście wierzę, że tego rodzaju naciski na Kaczyńskiego, okażą się pracą Syzyfa!

Ponieważ autor pokazał daleko idącą ślepotę na omówione powyżej aspekty, warto mu je w tym miejscu trochę przybliżyć.

Po pierwsze nie uwzględnił on, że już samo zjawisko personalizacji polityki nie jest wyłącznie wynikiem obiektywnych procesów społeczno-politycznych ale właśnie w znacznej mierze dziełem mediów, które czerpią konkretne korzyści z komercjalizacji wszystkiego nawet rzeczy poważnych, a niewątpliwie przesunięcie akcentów z płaszczyzny programowej partii na sferę rywalizacji personalnej liderów, do komercjalizacji polityki zaliczyć należy. W wyniku tego procesu, politycy upodobniają się do tandetnych aktorów, którzy na polu sztuki filmowej czy scenicznej, wysuwają się w oczach masowego odbiorcy na pierwszy plan i stają się większą atrakcją niż treść i wymowa dzieł, w których występują. Widz masowy częściej idzie do kina czy teatru dla aktora, dla „gwiazdy” niż dla samego filmu czy sztuki. Podobnie jest w przypadku polityki, która dla wielu członków społeczeństwa, od strony merytorycznej jest niezrozumiała i niestrawna. Staje się bardziej przystępna, przyswajalna i zrozumiała, gdy jest związana z konkretnymi postaciami. Z tego powodu eksponowanie roli liderów jest do pewnego stopnia nawet korzystne, gdyż przybliża politykę masowemu odbiorcy. Jednak jestem pewny, że nie cele komercyjne, a tym bardziej czyste intencje przybliżenia polityki społeczeństwu są dla mediów celem głównym. Jest nim uzyskanie skutecznego instrumentu wpływania na nastroje wyborców. Wizerunkiem lidera można łatwiej i skuteczniej manipulować, lidera można łatwiejniż program politycznywylansować lub zdezawuować. Skala możliwościach mediów w tym zakresie jest nieograniczona, a sprawność i konsekwencja godna podziwu. Są to możliwości na skalę dziejową nie znane, ponieważ zmonopolizowały one prawie całkowicie pośrednictwo w zakresie komunikacji miedzy polityką a społeczeństwem i wyłącznie od nich zależy selekcja oraz interpretacja informacji, co decyduje w ogromnym stopniu jak ostatecznie są odbierane wszystkie partie, ich przywódcy, czy programy. Media, zwłaszcza mająca największy odbiór telewizja, dysponują dziś nieograniczonym arsenałem instrumentów manipulacji, często w ogóle nie dostrzegalnych dla widza, który w swej naiwności zupełnie nie podejrzewa ich istnienia. Największe sukcesy mediów w zakresie manipulacji są właśnie widoczne na polu kreowania liderów. Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że polityk w ogóle istnieje, jeśli istnieje w mediach. Jeśli media go bojkotują, nie pojawia się na scenie. Jako idealny przykład można przywołać przypadek J. Korwina-Mikke, który do pewnego momentu był jednym z najczęściej pojawiających się w telewizji. Z chwilą gdy się tym mediom (lub tym, którzy za nimi stoją) naraził, zniknął całkowicie z ekranu i dziś tylko najwięksi entuzjaści pamiętają, że był taki polityk. Gdy mediom nie uda się zamilczeć niewygodnego dla nich przywódcy, gdy stoi za nim znaczna siła, wtenczas uruchamiają swój cały magazyn pomysłowych sztuczek, by go zniszczyć. Podobnie, gdy chcą kogoś wylansować. Jeśli media są wystarczająco konsekwentne mogą wynieść na szczyty nawet największą miernotę i strącić w przepaść najbardziej wybitnego człowieka. Można wskazać konkretne tego przykłady. Pierwszy z brzegu to Lech Wałęsa. Aż trudno uwierzyć, że człowiek z tak miernym intelektem, z takim poziomem ignorancji, tak nieudolny werbalnie mógł awansować tak wysoko, m.in. do rangi prezydenta RP, mędrca Europy, do niezliczonych tytułów i zaszczytów. Udało się to w pierwszym rzędzie za sprawą właśnie niewiarygodnej siły sprawczej mediów zwłaszcza telewizji (kiedyś sztuka której dokonały w przypadku Wałęsy będzie uznana za fenomen na skalę światową). Przykład wylansowania Wałęsy pozwala łatwo obnażyć ich nieczyste metody. Wśród takich metod w telewizji na plan pierwszy wysuwa się metoda selekcji wypowiedzi i obrazu. Polega ona na tym, że prawie zawsze z potoku bredni Wałęsy wybiera się jedno składne i sensowne zdanie i puszcza je na ekran. W przypadku, gdy z tego powodu wypowiedź jest niewystarczająca, uzupełnienia się ją własnym komentarzem pozytywnym. Gdy już nie uda się zastosować metody pozytywnego filtru, gdyż transmisja leci na żywo, naprawia się złe wrażenie odpowiednio łagodzącym komentarzem po programie, np. we wszystkich dziennikach. Gdy to nie jest wystarczające i legenda Wałęsy jest zagrożona, na ogół telewizja ratuje sprawę swoją autorytatywną opinią, że mimo drobnych ułomności Wałęsa wielkim przywódcą jest i basta. Doskonale pamiętam sytuację, która miała miejsce w trakcie jego prezydentury, gdy Wałęsa wystąpił w telewizji publicznej, próbując nieudolnym językiem streścić swój stosunek do bieżących problemów państwa. Gdy nie mógł sobie z tym poradzić (osobiście miałem problemy ze zrozumieniem tej wypowiedzi) pomógł mu stojący przy nim sekretarz Drzycimski, który przełożył jego wypowiedź na język polski i wyłożył jasno co prezydent miał na myśli. Sytuacja była żenująca, gdyż światowa polityka chyba nie zna precedensu, by jakiś prezydent musiał podpierać się w rutynowych wystąpieniach „tłumaczem myśli”. Po tym fakcie można było spodziewać się krytyki ze strony pracowników telewizji. Zamiast tego jednak spikerka stwierdziła, że prezydent (pamiętam to w dużym przybliżeniu) jak zwykle poruszył bardzo skomplikowane sprawy, które wymagały dodatkowego rozjaśnienia, czym skutecznie załagodziła złe wrażenie. Pamiętam, że po tym komentarzu sam miałem wyrzuty sumienia, iż śmiałem źle pomyśleć o tym „wielkim człowieku”. Gdy wymaga tego sytuacja media dla wzmocnienia i ugruntowania czyjegoś mitu potrafią aranżować odpowiednie okazje. Podejrzewam, że takie zadanie miała spełnić słynna debata Wałęsa–Miodowicz. Adwersarz Wałęsy był znany z dużej inteligencji, sprawności werbalnej i umiejętności polemicznych, więc spodziewano się że będzie miał nad przywódcą „Solidarności” znaczną przewagę – że postara się pogrążyć go za wszelką cenę. Wszyscy zwolennicy „Solidarności” mieli obawy, że w starciu tym Wałęsa przepadnie. Tymczasem stało się coś odwrotnego, Wałęsa radził sobie całkiem nienajgorzej na tle Miodowicza, który był jakoś dziwnie nieporadny i nieswój. Następnego dnia zapanowała euforia! Wszyscy uwierzyli w Wałęsę, że sprosta roli ewentualnego sternika państwa. Chyba od tego dnia legenda Wałęsy nabrała pełnego rozpędu. Z dzisiejszej perspektywy odnoszę wrażenie (oczywiście nie mając dowodu), że debata ta była zaaranżowana w taki sposób, by Miodowicz wystąpił w roli pasywnej, przyczyniając się do sukcesu przyszłego prezydenta. Być może pytania Miodowicza były nawet tak ustawione, by jego przeciwnik mógł sobie łatwo z nimi poradzić?! Dzisiaj wiemy, że celem tej mistyfikacji było wyniesienie TW Wałęsy do roli sternika państwa!

 Mimo ewidentnych intelektualnych ułomności dawnego przywódcy „Solidarności”, ze strony redaktorów prawie nigdy nie słychać krytyki pod jego adresem, wręcz przeciwnie towarzyszy mu zawsze pozytywna atmosfera.

 W przypadku Jarosława Kaczyńskiego mamy do czynienia z przykładem odwrotnym. Polityka tego od samego początku otacza w mediach zła aura, której wyrazem są nawet nieprzyjemne miny spikerów i redaktorów ilekroć jest o nim mowa, nie mówiąc już o utrudnianiu  mu wypowiedzi w trakcie wywiadów. Przede wszystkim jednak wobec tego polityka media stosują filtry negatywne. W przypadku telewizji, zamiast tych fragmentów wystąpień, które mogłyby świadczyć o nim pozytywnie, starają się eksponować te, które mogą ukazywać jego osobowość i poglądy w złym świetle. Metoda jest wymierzona zdecydowanie w jego osobowość i poglądy, gdyż przyłapanie prezesa PIS na gadaniu głupstw jest prawie niemożliwe – po prostu brak odpowiedniego materiału. W celu zdezawuowania „Kaczora” tnie się materiał tak, by na ekranie pojawiał się jak najkrócej, a jeśli już to w charakterze krzykacza, awanturnika posługującego się zdaniem Migalskiego pomówieniami i obelgami, niemalże autorytarnego wodza. Nawet kamera operuje przy nim często z dołu, by spotęgować wrażenie groźnego i wyniosłego. Telewizja nie unika też metody wyrywania fragmentów wypowiedzi z kontekstu (nawet ze środka zdania), zmieniając w ten sposób ich sens i rozłożenie akcentów. Doskonałym przykładem takich manipulacji na wielką skalę były relacje TV w trakcie ostatnich wyborów. Postanowiłem wtedy nagrywać wystąpienia Prezesa PIS na żywo w godzinach przedpołudniowych, czyli w czasie gdy miały one znikomą oglądalność i następnie relacje z tych wystąpień w dziennikach wieczornych, z których widzowie czerpali właściwie całą wiedzę o przebiegu kampanii. To co robiono z przekazem wieczornym można określić jednym słowem – masakra ! Wiadomo, że relacje muszą być dużym skrótem – ale uczciwym, czyli powinny pokazać te fragmenty wypowiedzi, które oddają w maksymalnym przybliżeniu intencje występującego. Relacje z kampanii wyborczej były bardzo dalekie od tej zasady. Dobór fragmentów oddawał zdecydowanie intencje redagujących niż kandydatów do sejmu. Jestem gotów udostępnić niedowiarkom te materiały! W trakcie wyborów miały miejsce zdarzenia, które zasługują na przywołanie. Był to miting w Poznaniu, na którym prezes PIS wygłosił jedno z najlepszych przemówień w tych wyborach, nagradzane wielkimi owacjami. Przede wszystkim ktoś postarał się, żeby wypadło ono akurat w trakcie transmisji meczu finałowego naszej reprezentacji w siatkówce, więc oglądalność była mała. W trakcie relacji w TVP zastosowano szeroką gamę środków sabotażu technicznego i artystycznego. Najbardziej psuło wrażenie zastosowanie tłumika na owacje. Gdy sięgały one szczytu, miało miejsce nagłe ściszanie (ścinanie) dźwięku, co powodowało bardzo nieprzyjemny dla uszu efekt, przeszkadzający w odbiorze. Ale szczególnie podłą sztuczką było zmanipulowanie przemówienia niepełnosprawnego członka PIS-u, który siedział na wózku inwalidzkim. Mówca w wyniku swojej choroby miał problemy z wymową, co w kontekscie inwalidztwa nie raziło. Kamera jednak przez cały czas pokazywała go powyżej pasa, tak że wózka nie było widać i widzowie myśleli, że jest on po prostu nieudolny. Zapewne chciano też, wymazać fakt poparcia dla PIS ze strony przedstawiciela środowiska niepełnosprawnych. Z powodu tych manipulacji na szczególną uwagę zasługuje ekipa techniczna telewizji, która chyba szkoliła się jeszcze w czasach red. Barańskiego, której znaczenie dla propagandy przez reformatorów telewizji publicznej zostało zlekceważone. Bardzo często stara się ona tak dobierać poziom głośności mikrofonów, by np. cicho mówiący Lech Kaczyński był jeszcze mniej słyszalny, a Jarosław wypadał jako „krzykacz”. Gdy mamy do czynienia z sytuacją, kiedy transmisja idzie na żywo i nie można nią specjalnie manipulować, np. w przypadku słynnej debaty Kaczyński – Tusk, telewizja w ostateczności narzuca widzom bezczelnie i hałaśliwie własną interpretację, korzystając z niezdecydowania jej części. Tej debaty Kaczyński wcale nie przegrał, ale następnego dnia wszystkie media gromko ogłosiły jego rzekomy pogrom, którą to interpretację chyba dał sobie narzucić także Migalski. Jeśli Kaczyński rzeczywiście przegrał to chyba tylko dlatego, że właśnie nie był tego dnia sobą, że oszczędzał nie zasługującego na to przeciwnika, autora słynnej maksymy „Polska to nienormalność” – że obchodził się z nim nazbyt dżentelmeńsko!

Na zakończenie pragnę zwrócić uwagę autorowi, że zignorował jeszcze jeden bardzo ważny aspekt, iż prawie wszystkie media prowadzą swój jednostronny pijar od początku nowego ustroju totalnie i z niezwykłą konsekwencją, co może nasuwać podejrzenie, że są monitorowane i sterowane z jednego pulpitu. Powiadają, że pulpit ów znajduje się w rękach tajnych służb, które nie zostały oczyszczone z balastu poprzedniego ustroju. Obok telewizji publicznej szczególnie dotyczy to dwóch bardzo wpływowych i opiniotwórczych stacji telewizyjnych – jak TVN i „Polsat”, których właściciele mieli bliski kontakt wyższego stopnia ze służbami PRL-u, o czym było głośno w swoim czasie. Jakoś nikt nie odważył się tych wiadomości potraktować serio i przeprowadzić śledztwo w IPN. Nie nadano tej sprawie właściwej rangi, choć zasługiwała na priorytetowe potraktowanie. Przecież w sytuacji potwierdzenia tych informacji byłoby jasne, że stacje są ważnym narzędziem sterowania sceną polityczną przez siły związane z poprzednim ustrojem, czego ofiarą padają wybitni politycy. Choć śledztwa doczekało się wielu agentów nieżyjących już lub pozbawionych wpływu na życie publiczne, to właściciele tych bardzo wpływowych telewizji, którzy w ogromnym stopniu kształtują opinię publiczną, jakoś dziwnie nie mogą doczekać się zainteresowania ze strony IPN-u !

Któż inny powinien bardziej docenić znaczenie roli agentury jak dr Marek Migalski, który ostatnio za jej sprawą doświadczył skutecznego zablokowania habilitacji na polskich uczelniach. Dlatego proponuję mu, by zamiast udzielania nietrafionych rad politykom, włączył się ze swoimi talentami w działania na rzecz zmiany tego stanu rzeczy!